poniedziałek, 13 lutego 2017

Od Blair

W pokoju panowała ciemność.
Specjalnie nie odsłaniałam zasłon, żeby tylko nie wpuszczać do środka światła. Przyjemny półmrok mnie relaksował - tym bardziej, że odpoczynek był jedyną rzeczą, jakiej w tym momencie potrzebowałam. Założyłam na uszy słuchawki i po chwili odcięłam się od świata, zatracając się w muzyce Beatlesów. Leżałam parę minut na łóżku z zamkniętymi oczami i już przysypiałam, gdy drzwi nieoczekiwanie się otworzyły - tak głośno, że mogłam je usłyszeć nawet przez dudniącą w mojej głowie muzykę. Natychmiast otworzyłam oczy, spoglądając, lekko zdumiona, w tamtą stronę. Widok Jacka nie wróżył nic dobrego; był wściekły. Chyba nawet bardziej, niż zwykle. Rozejrzałam się panicznie po pokoju, szukając czegokolwiek do samoobrony, ale nie zdążyłam. 
- Kurwa, Blair! - wysyczał, podchodząc zbyt szybko w moją stronę - Twoja nauczycielka znowu nas męczy telefonami odnośnie twojej osoby! 
- Myślisz, że się tym przejmuję? - odparłam, próbując zachować spokój. Spojrzałam prosto w jego rozwścieczone oczy, po czym zostałam siarczyście spoliczkowana. Chwyciłam się za piekące miejsce, na którym najwyraźniej pozostał czerwony ślad.
- Nienawidzę cię. - dodałam - Wyjdź z mojego pokoju!
- Ty mała gówniaro! - warknął Jack, chwytając mnie za ramiona. Zaczęłam energicznie się szarpać, próbując wyrwać się z jego uścisku. Nie mogąc osiągnąć upragnionego skutku, przechyliłam głowę i ugryzłam go mocno w dłoń, zostawiając na niej purpurowy, pulsujący ślad. Mężczyzna natychmiastowo mnie puścił, a ja czmychnęłam z pokoju. Zbiegłam czym prędzej po schodach, żeby ten psychopata tylko mnie nie dogonił, po czym zarzuciłam na siebie swoją skórzaną ramoneskę i, mijając bez słowa obojętnego na wcześniejsze krzyki z mojego pokoju Davida, wyszłam z domu. Pierwsze paręnaście metrów przebiegłam, byleby tylko upewnić się, że Jack nie ruszy za mną w pogoń. Po tym czasie zwolniłam i przeszłam do zwyczajnego marszu. O ile w czasie drogi mijałam dziesiątki ludzi, tak z każdą kolejną ulicą było ich coraz mniej. Żałowałam, że nie byłam w stanie zabrać mojego pistoletu, gdy opuszczałam dom, gdyż z pewnością poszłabym na złomowisko i sobie postrzelała do celu. Jednakże z racji powodu mej ucieczki nie miałam przy sobie zupełnie nic, dlatego też obrałam inną, acz równie ciekawą ścieżkę. Skierowałam się w stronę opuszczonego domu obok lasu, którego nie odwiedzał nikt od przynajmniej trzech lat - tak mi się przynajmniej wydawało, bo od tego czasu, gdy tylko tam przychodziłam, nigdy nikogo nie napotkałam. Mimo, iż na zniszczonej drewnianej bramce widniał znak: "Wejście wzbronione, ryzyko zawalenia budynku", jak zwykle przeskoczyłam przez płotek i skierowałam się w stronę wejścia, z którego drzwi były już wieki temu wyrwane z zawiasów. W środku nie było nic specjalnego - jedynie podniszczone, obdarte z tapet ściany, wybite okna i resztki starych, drewnianych mebli. Coś jednak sprawiało, że chciało się tu przychodzić coraz to częściej - może dlatego, że to miejsce było... przyjemnie mroczne? Może dlatego, iż był tu święty spokój? Nikt z całą pewnością nie zakłócał stanu rzeczy, a ja miałam czas, by pobyć sama, w swoim własnym towarzystwie.
Powoli, ważąc każdy swój stawiany krok, weszłam po skrzypiących drewnianych schodach. Oparłam delikatnie dłoń na balustradzie, która była jednym z mniej zniszczonych elementów budynku. Mimo, iż była lekko wyszczerbiona i spróchniała, trzymała się całkiem dobrze, zważając na to, ile lat musiał już mieć ten dom. Weszłam powolutku na samą górę - zmierzałam w kierunku małego pokoju z ogromnym oknem, który lubiłam najbardziej. Było tam... przytulnie? Bądź co bądź, lubiłam tam przebywać, gdyż miałam widok na całą porośniętą zielenią okolicę. W takich momentach byłam wdzięczna, że przeprowadziłyśmy się do miasteczka OBOK Nowego Jorku. Nie wytrzymałabym tego lasu budowli, samych wieżowców i tysięcy ludzi na ulicach. Tu było o wiele lepiej... Ciszej. Spokojniej.
Wszystkie moje plany legły w gruzach, gdy zobaczyłam na mojej miejscówkę jakąś postać. Zaskoczył mnie ten widok, gdyż nie spodziewałam się tu nikogo innego. Nie zdążyłam zobaczyć, jakim zajęciem pochłonięty był drugi gość w domu, gdyż od razu zaczęłam powoli się wycofywać. Niefortunnie stanęłam jednak na kawałku gruzu, więc obsunęła mi się noga, a ja powstrzymałam się - niestety dość głośno - przed upadkiem. Zwróciłam na siebie oczy nieznajomego bądź nieznajomej, co niezbyt mi się spodobało. Automatycznie zesztywniałam, nieprzygotowana do takiego zwrotu akcji. Zacisnęłam wargi, nie mówiąc nic - nie wiedziałam, w jaki sposób mogłabym "przywitać" rozmówcę.

Leo? c:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz